piątek, 25 stycznia 2013

Niezwykła architektura, ukryte skarby i mroczne tajemnice. Polska też ma swój Rzym, niedaleko, na Opolszczyźnie. Joanna Lamparska przemierza Szlak Czarownic


Nysa

Biskup Jan Baltazar Liesch von Hornau, jak na miecz boży przystało, nie miewał wątpliwości. Z niezwykłą zawziętością tępił plagę czarostwa, która podstępnie nawiedziła Nysę, stolicę księstwa biskupiego znajdującego się wówczas w granicach ziem habsburskich. Żeby pewne sprawy przyspieszyć i uprościć biskup kazał zbudować piec do palenia czarownic.
Urządzenie to miało żelazne drzwi, było zrobione z cegły lub z kamienia. Niektóre źródła podają, że w ciągu pierwszego roku spalono w nim 42 osoby. Nie wiadomo, czy ofiary trafiające do pieca jeszcze żyły, czy też wcześniej zostały ścięte albo uduszone. Wielki pogrom czarownic w księstwie nyskim osiągnął swoje apogeum w XVII wieku.
Tamte wydarzenia upamiętnia dziś Szlak czarownic po polsko-czeskim pograniczu, który po polskiej stronie wiedzie z Paczkowa, przez Otmuchów, Nysę, następnie Głuchołazy, żeby po czeskiej stronie skończyć się aż Mohelnicach. To około 170 km. Na szlaku stoją tablice, które opisują tragiczne wydarzenia sprzed wieków. Natomiast w Muzeum w Nysie czynna jest wystawa o historii procesów czarownic.
Biskup czarownikiem
Czarownice to atrakcyjny temat. Teksty o kobietach zajmujących się magią ilustrują na ogół zdjęcia uśmiechniętych przebierańców, którzy wywijają miotłami, albo na odwrót, stare ryciny pokazujące przerażające stosy. Pierwszy obrazek jest nieco zabawny, drugi często sensacyjny. Ale tak naprawdę, rzadko kto zdaje sobie sprawę z tego, jakie tragedie kryją się za tymi obrazkami. Dramaty kobiet, ich rodzin, wiosek, w których mieszkały. Korupcja sędziów, ich zakłamanie i chciwość.
Jednak jadąc wzdłuż szlaku czarownic łatwo o tym zapomnieć. Dookoła piękne widoki, trasa wiedzie m.in. przez Jeseniki, w okolicy nie brak malowniczych wiosek, miłych zajazdów i innych atrakcji. Kiedy jednak przystaję w niewielkich Vernirovicach i przed urzędem gminy zaczynam czytać informacje na stojącym tu pomniku, atmosfera sielanki natychmiast pryska.
Jesenik
7 sierpnia 1679 roku została tu żywcem spalona Marina Schuchova – miejscowa żebraczka. Kilka miesięcy wcześniej przyłapaną ją w kościele św. Wawrzyńca w Sobotinie na próbie kradzieży hostii. Śmierć Mariny zaczęła lawinę procesów czarownic w tym regionie. W ciągu kolejnych osiemnastu lat życie straciły tu sześćdziesiąt trzy osoby.
W Nysie zaczęło się jeszcze wcześniej. Już w 1622 roku przed Bramą Wrocławską została powieszona Barbara Schmiedowa z Jesenika. Mąż oskarżył ją o czary i to, że usiłowała go otruć. Co ciekawe, Barbarę wskazał już na łożu śmierci. Czarownica podczas tortur wyznała, że ukochanemu podawała zatruty ser, a przy okazji rzucała uroki na krowy. Kaci wydusili z niej również zeznania obciążające kolejne pięć kobiet. Wkrótce zostały spalone na stosie.
W Muzeum w Nysie dowiaduję się, że najwięcej ofiar w tych rejonach straciło życie w latach 1622, 1639-42 i 1651-52. Podczas polowania na kochanice diabła zginęło około ogółem 250 kobiet, choć uważa się, że mogło ich być nawet cztery razy więcej. W starych dokumentach pojawiają się również informacje o dzieciach, dziewięciolatku i dwulatku, które zostały tu stracone, jednak większość historyków cyfry 9 i 2 przy nazwiskach skazanych interpretuje jako liczbę lat, przez które rzekomo współpracowali z diabłem.
Do oskarżenia wystarczyło być córką czarownicy. Tak zawędrowała przed sąd osiemnastolatka ze Zlatych Hor, której mama została uznana za winną rzucania uroków. Ileż strachu, łez, cierpienia jest za tymi historiami sprzed wieków. Jak na ironię, dostało się również gorliwemu biskupowi Lieschowi von Hornau, inicjatorowi pieców spalającychsprawiedliwie skazanych zwolenników diabla, czarownic i złych duchów. Oskarżeni zapytani o największego czarownika, wskazali właśnie na niego. Diabeł musiał się uśmiechnąć pod nosem.
Szlakiem czarownic
Tak sobie myślę, że Szlak Czarownic po polsko-czeskim pograniczu to tak naprawdę szlak niewinnych ofiar, umęczonych w imię... no właśnie, czego?. Zapytałam dr Jerzego Kaweckiego z wrocławskiego Zakładu Medycy Sądowej, jak wyglądało to umieranie na stosie. I mi opowiedział: W płomieniach nie miały czym oddychać, powstawały bolesne oparzenia dróg oddechowych. Po zapaleniu stosu przez kata, najczęściej w kilku miejscach i gwałtownego rozprzestrzeniania się ognia, ofiara w miarę szybko traciła przytomność, ale te kilkadziesiąt sekund, a co najwyżej kilka minut, zanim płomienie ogarnęły ciało, wydawały się męką bez końca.
Biorąc pod uwagę fakt, że oskarżenie o uprawianie czarów często miało mocny podtekst finansowy - majątek ofiary zgarniali: gmina, biskup i sędziowie - trudno czasami delektować się pięknymi widokami z pełnym spokojem. Ale szlak czarownic warto odwiedzić bez względu na poziom wrażliwości. Co prawda, pomyślany jest jako szlak rowerowy, ale można go również zwiedzać samochodem, albo - jak kto woli – pieszo.
Pierwszym, obowiązkowym punktem, który pozwoli zrozumieć, po co ten szlak został stworzony jest Muzeum w Nysie. To tutaj mieści się wystawa poświęcona czarownicom. Również samo miasto ma wiele uroku. Od wieków Nysę nazywano Śląskim Rzymem, choć nie wiadomo kto i kiedy wymyślił to określenie. Wiadomo jednak dlaczego. Przez kilka wieków swoją siedzibę mieli tu wrocławscy biskupi. Ten swój urok Nysa zawdzięcza jednak nie tylko zabytkowym budowlom. Dodatkową atrakcją jest jezioro o powierzchni 22 km kw, zwane Nyską Riwierą. Ale piaszczyste plaże i widok na Góry Opawskie to jeszcze nie wszystko. Można tu również szukać skarbów oraz penetrować podziemia.
Nie minął jeszcze wiek od czasu, gdy zgasły ostatnie stosy, a w Nysie zaczęła powstawać twierdza, której budowę nadzorował osobiście Fryderyk Wielki. Z tego powodu odwiedzał miasto aż czterdzieści razy. Jądro cytadeli stanowiła budowla o kształcie pięcioramiennej gwiazdy z piętrowymi schronami. Otacza ją szeroka fosa. Nyski fort znacznie wyprzedził swoją epokę, zaś jego plany były tak tajne, że ich autor został uwięziony w twierdzy Magdeburg, którą zresztą sam zbudował. A może rzeczywiście słusznie odcięto mu kontakt ze światem?
Legendy mówią o nieznanych do dzisiaj przejściach pod twierdzą, a także o rzekomo ukrytych tu skarbach. Kilka lat temu do Urzędu Miejskiego w Nysie zgłosił się nawet informator, który twierdził, że w podziemiach znajduje się studnia z kosztownościami, jednak ekipie eksploracyjnej nie udało się nic odnaleźć.
Takie opowieści ubarwiają, oczywiście, obraz miasta, choć najczęściej są tylko legendami. I, o ile Nysa jest Śląskim Rzymem, to pobliski Paczków od którego zaczyna się Szlak Czarownic okrzyknięty został Śląskim Carcassonne. Miasto otaczają mury obronne o długości 1200 metrów. W niektórych miejscach mają siedem metrów wysokości, choć dawniej sięgały nawet dziewięciu.
Niegdyś posiadały blanki zza których, w razie potrzeby, mieszkańcy mogli bronić się i razić pociskami oblegających. Spacer po mieście daje wyobrażenie, jak potężne były niegdyś fortyfikacje. Ich pozostałością jest dziewiętnaście baszt i trzy wieże bramne: Ząbkowicka, Kłodzka i najpotężniejsza z nich, Wrocławska. Odbudowana została w 1462 roku i ma 23 metry wysokości. Jest udostępniona do zwiedzania, roztacza się z niej piękny widok na miasto.

Po czeskiej stronie
Mój ulubiony przystanek przy Szlaku Czarownic to Rejwiz. Choć leży nieco na uboczu, w pobliżu Jesenika, zawsze tutaj na chwilę muszę zboczyć. Jedna z legend mówi, że w lasach Rejwizu ukrywały się kiedyś diabły. Tutaj spotykały się z nimi czarownice. Inna legenda wspomina, że dawno, dawno temu było sobie miasto Hunogrod. Jego mieszkańcy mieli wszystko, aby czuć się szczęśliwymi. Niestety, ich grzeszne życie spowodowało, że miasto zapadło się i pokryło wodą. Od tej pory poszukiwacze wierzą, że na torfowiskach w okolicy Rejwizu mogą trafić na bezcenne skarby, a przepiękny rezerwat jest idealnym miejscem na tajemne spotkania.
Sam Rejwiz to niewielka, ale bardzo urokliwa miejscowość, pełna starych, drewnianych domków. Po II wojnie światowej przesiedlono tu słowackich emigrantów z Rumunii, a potem greckich emigrantów politycznych. Najbardziej niezwykłe miejsce w wiosce to pensjonat Rejwiz, który przed wojną zwany był Dworkiem Pasterza z Jeziora. Budynek ten należał do braci Brunerów, którzy stałym gościom proponowali wyrzeźbienie ich podobizn na krzesłach. Pomysł był iście szatański, jeżeli gość chciał mieć swoje krzesło, musiał za nie zapłacić, siedzieć na krześle mógł natomiast każdy.
Dziś te niezwykłe dzieła sztuki – to naprawdę są dzieła sztuki - eksponowane są w specjalnej sali, w pensjonacie natomiast znajdują się pokoje gościnne i bardzo, ale to bardzo klimatyczna restauracja, która wygląda tak, jak każdy przyjezdny czeską restaurację może sobie wyobrazić. Trudno się więc dziwić, że po wojnie funkcjonował tu ośrodek wypoczynkowy ministerstwa spraw wewnętrznych Czechosłowacji, a od 1962 roku schroniskiem zarządzały Rewolucyjne Związki Zawodowe. To ówczesny kierownik stworzył ekspozycję krzeseł i innych prac rzeźbiarskich Brunerów.
I zrobiło się miło, prawda? Ale to ciągle Szlak Czarownic...



Joanna Lamparska


Joanna Lamparska - znana dziennikarka, podróżniczka, współpracownik National Geographic,  autorka wielu książek o Dolnym Śląsku przemierzyła Szlak czarownic a efektem jest ciekawy artykuł, w którym zachęca do zwiedzenia pogranicza nysko-jesenickiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz